Chociażbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę,
bo Ty jesteś ze mną.
Twój kij i Twoja laska
są tym, co mnie pociesza.
(Psalm 23, 4)
Teks powstał do książki: „Wystarczyła Mu sutanna uboga… Ks. Marian Rajchel”
I jest przeredagowaniem tego, który był przygotowany do książki pani Doroty Łosiewicz: "Cuda nasze Powszednie". Ks, Marian pojawił się w nim bardzo dyskretnie, choć był ważnym bohaterem całego wydarzenia.
Spełniona obietnica
Ania i Paweł, księdza Mariana poznali jeszcze przed ślubem. To na pamiętnej, rzeszowskiej pieszej pielgrzymce , zakończonej spotkaniem z Janem Pawłem II w Częstochowie w ramach Światowych Dni Młodzieży w 1991 roku, zdecydowali ostatecznie o wspólnej drodze. Później wielokrotnie korzystali z jego posługi jako spowiednika, ze spowiedzią przed ślubem włącznie.Ania i Paweł pobrali się dwadzieścia osiem lata temu w 1993 roku. Nie spodziewali się wówczas, że spokój i małżeńska sielanka potrwają tylko rok, a później przyjdzie im stoczyć nierówną walkę z groźną chorobą.
Rok po ślubie, gdy Ania miała 23 lata na świat przyszła córeczka - Justynka. Niestety delektować się beztrosko urokami macierzyństwa Ania mogła tylko przez cztery i pół miesiąca. Choroba zaczęła się w październiku 1994 roku. Wszystko wyglądało na początku jak zwykła angina. Ania niespodziewanie dostała bardzo silnej gorączki, termometr wskazywał 40 stopni Celsjusza. Niestety wraz z gorączką pojawił się ból i obrzęk stawów. W ciągu trzech dni z 72 kg spadła na 65 kg. Lekarz zapisał antybiotyk. Po przyjęciu kilku dawek wyglądało, że sytuacja zaczyna wracać do normy, ale niespodziewanie zaostrzyła się, gorączka i ból powróciły, a na twarzy kobiety pojawił się specyficzny czerwony motyl. Wreszcie po ok. tygodniu Paweł zawiózł Anię do Klinicznego Szpitala Wojewódzkiego nr 2, im. Świętej Jadwigi Królowej w Rzeszowie, do przychodni reumatologicznej. Drogi do Rzeszowa Ania już nie pamięta, gorączka była tak silna.
Toczeń rumieniowaty układowy, to rzadko występująca przewlekła, wielonarządowa choroba reumatyczna o podłożu immunologicznym, która w przypadku zajęcia i uszkodzenia ważnych narządów (nerki, płuca, skóra, układ nerwowy, szpik, wątroba, serce) zagraża życiu. Toczeń należy do rzadkich schorzeń (choruje 30-50 osób na 100 tys.), atakuje głównie ludzi młodych, pomiędzy 20. a 40. rokiem życia. To choroba reumatyczna o podłożu immunologicznym. Jej istotą jest przewlekły stan zapalny, który prowadzi do uszkodzenia wielu tkanek i narządów. Najczęściej zajęte są skóra, nerki i stawy. Do przewlekłego stanu zapalnego dochodzi w wyniku wytwarzania przez układ immunologiczny przeciwciał przeciwko zdrowym tkankom organizmu.
Gdy Ania trafiła do szpitala, szpik kostny uszkodzony był do kolan. Paweł usłyszał, że jego żona prawdopodobnie nie będzie już chodzić i wyjedzie ze szpitala na wózku.
Wbrew jednak medycynie, ku zaskoczeniu lekarzy, po dwóch tygodniach Ania poruszyła palcem u nogi. Wezwano rehabilitanta, długi okres odzyskiwania sił zaczął się od nauki chodzenia by przed świętami Bożego Narodzenia wyjść w końcu do domu. Wtedy zaczęły się codzienne zmagania z chorobą. W 1994 roku, Ania była raptem dwudziestą chorą na Podkarpaciu. W Polsce słabo znano tą chorobę, niedostępne były takie leki jak dziś. Próbowano więc terapii sterydami. Z 65 kilogramów Ania przytyła do 90. To był dla niej wielki szok. Kobieta nie chciała nawet wychodzić z domu. Odezwał się jakże naturalny u młodej kobiety bunt na chorobę i chęć pokonania jej za wszelką cenę.
Ania usłyszała też, że musi się pogodzić z tym, że będzie miała tylko jedno dziecko. Mechanizm działania choroby tworzył ogromne ryzyko zaatakowania organizmu gdy tylko pojawi się jakiekolwiek osłabienie czy potrzeba wzmożonego wysiłku, o wysiłku jakim jest przebieg ciąży i poród nie wspominając.
W 1997 roku Ania została poddana terapii silnym lekiem o nazwie Endoxan, którym leczy się dziś takie choroby, jak: chłoniak złośliwy nieziarniczy, ziarnica złośliwa (choroba Hodgkina), chłoniaki nieziarnicze, chłoniak Burkitt'a; szpiczak mnogi; białaczka (białaczka limfocytowa przewlekła, białaczka szpikowa przewlekła, ostra białaczka mieloblastyczna, ostra białaczka monocytowa, ostra białaczka limfoblastyczna u dzieci; ziarniak grzybiasty w stopniu zaawansowanym; nerwiak zarodkowy w stopniu rozsianym; gruczolakorak jajnika; siatkówczak płodowy; rak sutka, itp. Dlatego o leku tym mówi się czasem potocznie: "mała chemia". Ania przyjmowała lek przez dziesięć pierwszych dni każdego miesiąca. Wyniki zaczęły się znacząco poprawiać.
W tym czasie całej rodzinie przyszło się zmierzyć z dodatkowym doświadczeniem jakim była choroba i śmierć ojca Pawła: Stanisława. Wspaniały i mądry człowiek, kochający rodzinę, młode małżeństwo zawsze mogło liczyć na jego radę i wsparcie.
W ostatnim miesiącu przyjmowania Endoxanu, kilka tygodni po śmierci teścia Ania oznajmiła lekarzowi:
- Panie doktorze, więcej Endoxanu nie biorę. Proszę zmniejszyć sterydy do minimum. Jestem w ciąży.
- Pani Aniu, przy tym leku wynik testu zawsze będzie pozytywny. Bez względu na stan faktyczny - odpowiedział lekarz.
- Ale ja nie robiłam testu. Ja po prostu wiem, że jestem w ciąży - odpowiedziała pacjentka.
- Jeśli to prawda, będę się bał opiekować panią podczas ciąży. Proszę pojechać do Instytutu Reumatologii w Warszawie.
Tu padło również nazwisko pani profesor, z którą miała się spotkać Ania, a która słynęła z prowadzenia trudnych przypadków, także w ciąży właśnie. Lekarz nawet umówił swoją pacjentkę na wizytę. I Ania pojechała. Przebieg wizyty zaskoczył Anię.
- Pani jest po bardzo silnych lekach, ma pani bardzo chore nerki. Musimy poczekać trzy miesiące. Jeśli faktycznie jest pani w ciąży, będzie musiała ją pani usunąć. Jeśli pani tego nie zrobi, pani dziecko urodzi się potworem. Będzie miało dwie głowy, może nie mieć rąk, może mieć poprzerywany kręgosłup, może mieć jedną komorę serca. A pani stanie się roślinką.
Ania wzięła głęboki oddech, z trudem walcząc ze wzbierającą złością i odpowiedziała:
- Jeśli Bóg dał mi to dziecko, to da mi na nie i siły. Ani pani ani ja nie mamy prawa decydować o jego życiu. A jeśli tylko ono będzie miało się urodzić zdrowe, a ja stracę życie, to mąż sobie poradzi. Ale nigdy nie zrobię tego, co pani każe.
I wyszła z gabinetu. Nie chciała więcej mieć nic wspólnego z panią profesor.
Gdy następnego dnia wysiadła na stacji w Jarosławiu, pierwsze kroki zamiast z domu, skierowała do kościoła Królowej Polski, do zaprzyjaźnionego księdza Mariana. Gdy go tylko zobaczyła, zalała się łzami, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa. Wreszcie poszła do spowiedzi i po raz pierwszy przyjęła sakrament namaszczenia chorych, zgodnie z radą księdza, w intencji dziecka. Podczas całej ciąży Ania zrobiła to trzy razy. Ksiądz Marian udzielał go za każdym razem w niezachwianą wiarą w skuteczność sakramentu.
To nie lekarze, z całą swoją wiedzą i naukowymi tytułami, ale jarosławski proboszcz z “Królowej Polski” był wsparciem w podejmowaniu trudnych decyzji a potem walce z chorobą w czasie ciąży.
Kluczowe było to, żeby zapewnić Ani maksimum bezpieczeństwa w ciąży, tak by choroba się nie rozszalała - wspomina Paweł. Byłem zszokowany tym, że lekarka nawet nie zostawiła żonie wyboru. Nie powiedziała: "może być tak albo tak, ryzyko jest takie i takie". Ona po prostu stwierdziła, że żona musi usunąć ciążę.
Po rozmowie z mężem, Ani zadzwoniła do lekarza, który wysłał ją do Warszawy (a był to człowiek, do którego można było telefonować o każdej porze dnia i nocy), prosząc by więcej tego nie robił. Będzie mnie pan prowadził reumatologicznie w tej ciąży, a reszta w rękach Boga.
Później Ania udała się do ginekologa założyć kartę, opisała całą sytuację, przedstawiła swoją decyzję. Już się nie radziła, nie pytała. Tylko oznajmiała jak będzie. Lekarz musiał tylko zdecydować czy w to wchodzi, czy nie.
Po trzech miesiącach okazało się, że ciąża rozwija się prawidłowo.
Paweł i Ania nie znaleźli też wsparcia w innych członkach najbliższej rodziny. Pojawiały się negatywne komentarze wśród znajomych i kolegów z pracy. Małżeństwo długo mogło liczyć tylko na siebie i pomoc Siły Wyższej. W całej tej walce niezachwianym wsparciem był ksiądz Marian: spowiedź, różaniec, wiele mszy w intencji zdrowia dziecka, sakrament chorych; i jego niezachwiana wiara, że wszystko będzie dobrze.
Tymczasem ku zaskoczeniu reumatologa wyniki Ani bardzo się poprawiły. W ciążę kobieta startowała z bardzo wysokim białkomoczem, a gdy szła na porodówkę, nie było go w ogóle. Inne parametry miała też, jak zdrowy człowiek.
Dla bezpieczeństwa poród miał się odbywać w szpitalu w Rzeszowie, gdzie jest zarówno oddział położniczy jak i reumatologiczny. Wszystko po to, by nad Anią mógł czuwać także reumatolog. Termin porodu wyznaczono na siedemnastego grudnia, a w szpitalu kobieta miała się pojawić już ósmego grudnia, by lekarze mogli przeprowadzić wszystkie niezbędne badania. Anię położono, ze względu na jej chorobę, na oddziale septycznym. Kobieta przyzwyczajona była przebywać w szpitalu, gdy coś szło nie tak, ale tym razem wszystko wyglądało dobrze. Ciąża przebiegała prawidłowo, wszystkie inne wyniki były lepsze niż kiedykolwiek, a Ania czuła się znakomicie. Przez kilka dni nieznośnie się więc nudziła, zabijając czas korytarzowymi pogaduszkami.
Okazało się jednak, że wcześniejszy pobyt w szpitalu po prostu uratował Ani i jej dziecku życie. Kolejny ze zbiegu wielu “przypadków” wplecionych w obietnicę: zaufajcie, będzie dobrze.
11 grudnia rano miała przeprowadzone KTG. Po dłuższej chwili zaniepokojona położna zapytała:
- Dobrze się pani czuje?
- Jak nigdy- padła odpowiedź.
Po kolejnej chwili poproszono pacjentkę, by przeszła na USG, potem znów podpięto Anię pod KTG. Po kilku minutach położna powiedziała:
- Proszę nie jeść śniadania i jeszcze raz zapraszam na USG. O 10 przyszedł do niej lekarz i zaprosił do "zabiegowego" do ordynatora. Tam ordynator zbadał Anię i zapytał jak się czuje. Nieco już skonsternowana kobieta odpowiedziała, że dobrze. Usłyszała wtedy, że lekarzy niepokoi wynik KTG i to, co dzieje się z dzieckiem.
- Czy zgadza się pani na cesarskie cięcie?
Asia, druga córka Ani i Pawła, przyszła na świat 11 grudnia o godz. 11. Gdy tylko Ania doszła do siebie, chciała wiedzieć czy jest zdrowa, ile ma głów, czy ma ręce i nogi. Okazało się, że Asia jest śliczna i zdrowa. Cesarskie cięcie wyniknęło stąd, że dziewczynka zachłysnęła się wodami płodowymi, trochę się poddusiła, a na domiar wszystkiego była owinięta pępowiną. Pierwszą dobę córka musiała spędzić w inkubatorze, żeby dojść do siebie.
Tymczasem lekarze poświęcili swoją uwagę Ani, zlecając kolejne badania i dbając, by jej stan się nie pogorszył. Małżeństwo wiedziało, że w pierwszej dobie po porodzie, choroba uderza z wielką siłą. W przypadku Ani nic takiego się nie wydarzyło. Natomiast całą prawdę o zdrowiu Asi, czyli, że maleńka uzyskała tylko 1 punkt w skali Apgar, przeszła reanimację i ledwo przeżyła, rodzice poznali znacznie później, czytając książeczkę zdrowia. Ze szpitala Asia wraz z mamą wyszła po tygodniu. Nie spełniła się żadna z czarnych wizji profesor z Instytutu Reumatologii.
Dopiero w styczniu, podczas kontrolnej wizyty u reumatologa Ania dowiedziała się, że cesarskie cięcie uratowało jej życie.
- Pani Aniu, dzwonili dziś do mnie z pytaniem czy moja pacjentka żyje - powiedział lekarz. Okazało się, że kilka dni po Ani, w tym samym szpitalu rodziła inna pacjentka z toczniem układowym. Poród odbył się siłami natury, jednak kobieta była tak wycieńczona, że zmarła. Lekarz powiedział, że przypadek Ani był omawiany na sympozjum reumatologów i doprowadził do wydania w skali kraju zalecenia, by kobiety ciężarne, chore na toczeń układowy rodziły wyłącznie przez cesarskie cięcie.
Co więcej, dziś m.in. dzięki tak odważnym kobietom, jak Ania zaczęło się zmieniać podejście lekarzy do ciąży kobiet chorych na toczeń układowy. Gdy w przeszłości wszystkie publikacje medyczne dowodziły, że kobiety chore na toczeń nie mogą mieć dzieci, a po zajściu w ciąże powinny poddać się aborcji, dziś zajście pacjentki w ciąże jest możliwe, a urodzenie zdrowego dziecka nie jest zaskoczeniem. Jednak nikt pewnie nie wie, ile zdrowych dzieci musiało umrzeć, by wreszcie pozwolono im się rodzić.
Po urodzeniu Asi nastąpiła silna remisja (wycofanie się) choroby na około 10 lat. Kolejny kryzys również udało się przezwyciężyć, tym razem nie bez pomocy św. Jan Pawła II i zapewne pozostanie jednym z jego nieudokumentowanych interwencji u Bożej Opatrzności, ale to już inna historia.
Każdego dnia Ania zmaga się z chorobą a częściej już teraz ze skutkami jej leczenia. Musi dbać o to by jej nieoczekiwany towarzysz życia pozostał uśpiony i nie wytoczył kolejnej walki organizmowi. Lekarstwa, dbanie o dietę i wypoczynek są codzienną koniecznością. Mimo to jest szczęśliwa. Ma przy sobie kochającego męża, mądre córki. Nawet nie myśli, że jednego z jej dzieci mogłoby nie być.
Dla małżeństwa jest jasne jak kluczowe w całej tej walce i trudnych decyzjach było wsparcie kapłana o niezachwianej wierze, wielkiej mądrości, uśmiechu, zawsze włączonym telefonie i otwartych drzwiach by służyć pomocą, sakramentami, modlitwą i dobrym słowem.
Czy ostatecznie o szczęśliwym porodzie, zdrowiu i życiu dziecka i matki, wpływowi jaki to wywarło na zalecenia medyczne dla kobiet w ciąży i toczniu, zdecydował zbieg przypadków, czy raczej modlitwa i moc sakramentu chorych udzielonych nad poczętym dzieckiem, dowiemy się zapewne już nie w bieżących okolicznościach życia.
Po latach, gdy nasze drogi zaczęły się częściej krzyżować na ścieżkach Jarosławskiego Opactwa ksiądz Marian, widząc nas przechodzących zatrzymywał się często i krótko pytał:
- Jak tam?, dobrze?, a co u dzieci? … no to dobrze, Bogu dzięki, błogosławił … i biegł dalej.
Księże Marianie, dziękujemy!
Anna i Paweł
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz