wtorek, 12 lutego 2019

Spełniona obietnica

Chociażbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę,
bo Ty jesteś ze mną.
Twój kij i Twoja laska
są tym, co mnie pociesza.(Psalm 23, 4)


Tekst napisany do książki: Doroty Łosiewicz "Cuda nasze powszednie", i tam się ukazał.


Spełniona obietnica

Dom Ani i Pawła, niczym ten bohaterki powieści Lucy Maud Montgomery stoi na zielonym wzgórzu pod Jarosławiem. Którym oknem nie wyjrzeć, przed patrzącym roztacza się nie mająca końca zieleń, a kwiaty czarują niezliczonymi kolorami. Zupełnie jakby natura tuliła ten dom w swoich objęciach, jak matka tuli małe dziecko do snu. Na odwiedzających ten dom gości, niczym wiosenny rześki deszcz spada natychmiast atmosfera miłości i wzajemnego zrozumienia, jaka panuje wśród domowników. 

Aż ciężko uwierzyć, że jednym z domowników jest pod tym dachem od lat ciężka i nieuleczalna choroba.

Ania (dziś pracuje w Urzędzie Stanu Cywilnego) i Paweł (jest informatykiem) pobrali się dwadzieścia dwa lata temu. Nie spodziewali się wówczas, że spokój i małżeńska sielanka potrwają tylko rok, a później przyjdzie im toczyć nierówną walkę z groźnym przeciwnikiem, który zaatakował nagle.
Rok po ślubie, gdy Ania miała 23 lata na świat przyszła córeczka - Justynka. Niestety delektować się beztrosko urokami macierzyństwa Ania mogła tylko przez cztery i pół miesiąca. 

Choroba zaczęła się w październiku 1994 roku. Wszystko wyglądało na początku jak zwykła angina. Ania niespodziewanie dostała bardzo silnej gorączki, termometr wskazywał 40 stopni Celsjusza. Niestety wraz z gorączką pojawił się ból i obrzęk stawów. Dziś Ania żartuje, że nie wiedziała, iż człowiek ma ich w sobie aż tyle, a czuła każdy z nich. Zaczęła też błyskawicznie tracić na wadze. W ciągu trzech dni z 72 kg spadła na 65 kg. Lekarz zapisał antybiotyk. Po przyjęciu kilku dawek wyglądało, że sytuacja zaczyna wracać do normy, ale niespodziewanie zaostrzyła się, gorączka i ból powróciły, a na twarzy kobiety pojawił się specyficzny czerwony motyl.

Wreszcie po ok. tygodniu Paweł zawiózł Anię do Klinicznego Szpitala Wojewódzkiego nr 2, im. Świętej Jadwigi Królowej w Rzeszowie, do przychodni reumatologicznej. Drogi do Rzeszowa Ania już nie pamięta, gorączka była tak silna.

- Czemu pan przywozi żonę tak późno? Ona jest w bardzo ciężkim stanie - krzyczał ordynator.
Jednak Paweł tłumaczył, że przecież widział ją lekarz, który zapisał antybiotyk. Nikt nie spodziewał się, że jest aż tak źle. Anię natychmiast przyjęto na oddział. Okazało się, że zaatakował ją toczeń układowy z zajęciem nerek.

Toczeń rumieniowaty układowy, to rzadko występująca przewlekła, wielonarządowa choroba reumatyczna o podłożu immunologicznym, która w przypadku zajęcia i uszkodzenia ważnych narządów (nerki, płuca, skóra, układ nerwowy, szpik, wątroba, serce) zagraża życiu. Toczeń należy do rzadkich schorzeń (choruje 30-50 osób na 100 tys.), atakuje głównie ludzi młodych, pomiędzy 20. a 40. rokiem życia. To choroba reumatyczna o podłożu immunologicznym. Jej istotą jest przewlekły stan zapalny, który prowadzi do uszkodzenia wielu tkanek i narządów. Najczęściej zajęte są skóra, nerki i stawy. Do przewlekłego stanu zapalnego dochodzi w wyniku wytwarzania przez układ
immunologiczny przeciwciał przeciwko zdrowym tkankom organizmu.

Gdy Ania trafiła do szpitala, szpik kostny uszkodzony był do kolan. Paweł usłyszał, że jego żona prawdopodobnie nie będzie już chodzić i wyjedzie ze szpitala na wózku. Mężczyzna nie potrafił ukryć przed Anią złych wieści, bo para od zawsze mówiła sobie tylko prawdę. 
- Nie ma takiej możliwości. Mam w domu czteromiesięczne dziecko i muszę
stąd wyjść o własnych siłach - zaprotestowała Ania.
Z tą myślą Ania się budziła i zasypiała. Dzielnie znosiła ból i terapię. Po dwóch tygodniach spędzonych w szpitalu, podczas porannego obchodu, kobieta zwróciła się do lekarza.
- Panie doktorze, ruszam dużym palcem u prawej nogi.
- To jest niemożliwe - odpowiedział lekarz.
- Ale ja nim ruszam - upierała się Ania.
- Proszę pokazać.

I faktycznie okazało się, że pacjentce się nie wydaje. Palec się poruszał. Wezwano rehabilitanta i Ania zaczęła się uczyć chodzić. 

Podczas gdy Ania była w szpitalu, ich maleńką córeczką zajmował się Paweł, który przez kilka miesięcy musiał zarywać studia na Akademii Górniczo- Hutniczej w Krakowie, by opiekować się dzieckiem. Mimo to nie zawalił roku.Do tego jeszcze mężczyzna pracował, głównie przy projektach, prowadzonych na uczelni. Jednak udało mu się wszystko jakoś pogodzić. Dla Ani rozłąka z maleńką Justynką była ciężka do zniesienia. Mąż chciał ją nawet przywieźć do szpitala, ale jej mama wiedziała, że nie zniesie rozstania.
- Jak ją przywieziesz, to albo mi ją tu zostawisz, albo zabierasz nas obie - powiedziała raz w rozpaczy Ania.

Paweł robił więc zdjęcia i przywoził je do szpitala, a jego żona wieczorami płakała w poduszkę.
Na szczęście przed świętami Bożego Narodzenia wyszła do domu. Wtedy zaczęły się codzienne zmagania z chorobą. W 1994 roku, Ania była raptem dwudziestą chorą na Podkarpaciu. W Polsce słabo znano tą chorobę, niedostępne były takie leki jak dziś. 
Próbowano więc terapii sterydami. Z 65 kilogramów Ania przytyła do 90. To był dla niej wielki szok. Kobieta nie chciała nawet wychodzić z domu. Odezwał się jakże naturalny u młodej kobiety bunt na
chorobę i chęć pokonania jej za wszelką cenę.
- Wygra pani z tą chorobą, tylko wówczas, jeśli pani się z nią pani zaprzyjaźni - tłumaczył prowadzący Anię lekarz. Jeśli pani będzie z nią tylko walczyć, to pani przegra.

Ania usłyszała też, że musi się pogodzić z tym, że będzie miała tylko jedno dziecko. Mechanizm działania choroby tworzył ogromne ryzyko zaatakowania organizmu gdy tylko pojawi się jakiekolwiek osłabienie czy potrzeba wzmożonego wysiłku, o wysiłku jakim jest przebieg ciąży i poród nie wspominając.

Jednak co miesiąc, przy kontrolnych wizytach rozpoczynała tę samą dyskusję:
- To niemożliwe, żebym miała tylko jedno dziecko. Nie zgadzam się na to. Marzymy o jeszcze jednym.
Ale za każdym razem lekarz twierdził, że to zwyczajnie niemożliwe.

W 1997 roku Ania została poddana terapii silnym lekiem o nazwie Endoxan, którym leczy się dziś takie choroby, jak: chłoniak złośliwy nieziarniczy, ziarnica złośliwa (choroba Hodgkina), chłoniaki nieziarnicze, chłoniak Burkitt'a; szpiczak mnogi; białaczka (białaczka limfocytowa przewlekła, białaczka szpikowa przewlekła, ostra białaczka mieloblastyczna, ostra białaczka monocytowa, ostra białaczka limfoblastyczna u dzieci; ziarniak grzybiasty w stopniu zaawansowanym; nerwiak zarodkowy w stopniu rozsianym; gruczolakorak jajnika; siatkówczak płodowy; rak sutka, itp. 
Dlatego o leku tym mówi się czasem potocznie: "mała chemia".  

Ania przyjmowała lek przez dziesięć pierwszych dni każdego miesiąca. Wyniki zaczęły się znacząco
poprawiać.

W tym czasie całej rodzinie przyszło się zmierzyć z dodatkowym doświadczeniem jakim była choroba i śmierć ojca Pawła: Stanisława. Wspaniały i mądry człowiek, kochający rodzinę, młode małżeństwo zawsze mogło liczyć na jego radę i wsparcie.

W ostatnim miesiącu przyjmowania Endoxanu, kilka tygodni po śmierci teścia Ania oznajmiła lekarzowi:
- Panie doktorze, więcej Endoxanu nie biorę. Proszę zmniejszyć sterydy do
minimum. Jestem w ciąży.
- Pani Aniu, przy tym leku wynik testu zawsze będzie pozytywny. Bez względu
na stan faktyczny - odpowiedział lekarz.
- Ale ja nie robiłam testu. Ja po prostu wiem, że jestem w ciąży - odpowiedziała
pacjentka.
- Jeśli to prawda, będę się bał opiekować panią podczas ciąży. Proszę pojechać
do Instytutu Reumatologii w Warszawie.

Tu padło również nazwisko pani profesor, z którą miała się spotkać Ania, a która słynęła z prowadzenia trudnych przypadków, także w ciąży właśnie. Lekarz nawet umówił swoją pacjentkę na wizytę. I Ania pojechała. Zrobiła wcześniej test ciążowy, a ten wypadł pozytywnie. Jednak lekarz uprzedzał, że
przeprowadzenie testu nie ma sensu. Ania zatrzymała się u kuzynki, także Ani, która zawiozła ją do Instytutu Reumatologii. Tam bez problemu odnalazły właściwy gabinet. Przebieg wizyty zaskoczył  Anię.
- Pani jest po bardzo silnych lekach, ma pani bardzo chore nerki. Musimy poczekać trzy miesiące. Jeśli faktycznie jest pani w ciąży, będzie musiała ją pani usunąć. Jeśli pani tego nie zrobi, pani dziecko urodzi się potworem. Będzie miało dwie głowy, może nie mieć rąk, może mieć poprzerywany kręgosłup, może mieć jedną komorę serca. A pani stanie się roślinką.

Ania wzięła głęboki oddech, z trudem walcząc ze wzbierającą złością i odpowiedziała:
- Jeśli Bóg dał mi to dziecko, to da mi na nie i siły. Ani pani ani ja nie mamy prawa decydować o jego życiu. A jeśli tylko ono będzie miało się urodzić zdrowe, a ja stracę życie, to mąż sobie poradzi. Ale nigdy nie zrobię tego, co pani każe.
I wyszła z gabinetu. 

Nie chciała więcej mieć nic wspólnego z panią profesor. Zachowując resztki zimnej krwi, Ania wyszła z Instytutu i bez sił opadła na jedną ze znajdujących się tam ławeczek. Nie pamiętała jak ma dojechać do swojej kuzynki, w jaki tramwaj ma wsiąść, nie miała siły się podnieść, przed oczami miała ciemność, a w głowie huczały jej tylko usłyszane przed kilkoma minutami słowa: "potwór...usunąć...dwie głowy..."; Ania nie wie ile tak siedziała, ale chyba dość długo, bo pod instytutem zjawiła się zaniepokojona kuzynka i znalazła ją siedzącą na ławce. Ta nie wytrzymała i rozpłakała się, streszczając przebieg rozmowy.

- Nie mogę w tym stanie wracać do domu. Przełóż mi bilet na następny dzień, bo nie wiem gdzie zajadę - poprosiła Ania.
Już z domu zadzwoniła do męża, że musi zostać jeszcze jedną noc. Nie zdradziła mu wówczas, co usłyszała w gabinecie. Nie była to jej zdaniem rozmowa na telefon. Tamtej nocy oczywiście nie zmrużyła oka. Gdy następnego dnia wysiadła na stacji w Jarosławiu, pierwsze kroki zamiast do domu, skierowała do kościoła Królowej Polski, do zaprzyjaźnionego księdza. Gdy go tylko zobaczyła, zalała się łzami, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa. 

Wreszcie poszła do spowiedzi i po raz pierwszy przyjęła sakrament namaszczenia chorych, ale w intencji dziecka. Podczas całej ciąży Ania zrobiła to trzy razy. Po powrocie do domu Ania wypłakała Pawłowi, co zaszło w Warszawie.

- Bezdyskusyjne dla mnie było to, że żona podjęła słuszną decyzję. Mi także aborcja nawet nie przychodziła do głowy. Kluczowe było to, żeby zapewnić Ani maksimum bezpieczeństwa w ciąży, tak by choroba się nie rozszalała - wspomina Paweł. 
- Ja byłem zszokowany tym, że lekarka nawet nie zostawiła żonie wyboru. Nie powiedziała: "może być tak albo tak, ryzyko jest takie i takie".  Ona po prostu stwierdziła, że żona musi usunąć ciążę - dodaje
wzburzony.

Po rozmowie z mężem, Ani zadzwoniła do lekarza, który wysłał ją do Warszawy (a był to człowiek, do którego można było telefonować o każdej porze dnia i nocy), prosząc by więcej tego nie robił.
- Będzie mnie pan prowadził reumatologicznie w tej ciąży, a reszta w rękach Boga - powiedziała.

Później Ania udała się do ginekologa założyć kartę, opisała całą sytuację, przedstawiła swoją decyzję. Już się nie radziła, nie pytała. Tylko oznajmiała jak będzie. Lekarz musiał tylko zdecydować czy w to wchodzi, czy nie. 

Po trzech miesiącach okazało się, że ciąża rozwija się prawidłowo. Nie wszystkich cieszyło to tak samo mocno, jak Anię i jej męża. Jej teściowa, która prze całe życie była pesymistką, nie ustawała w roztaczaniu przed rodziną czarnych wizji. Była przerażona tym, co może się zdarzyć. Przy każdej okazji pytała: "co to będzie?"; Kiedyś wykrzyczała nawet:
- Zobaczysz, urodzisz debila!
- Trudno, będę takie dziecko wychowywać - odpowiedziała Ania.
Paweł i Ania nie znaleźli też wsparcia w innych członkach najbliższej rodziny. Pojawiały się negatywne komentarze wśród znajomych i kolegów z pracy. Małżeństwo długo mogło liczyć tylko na siebie i pomoc Siły Wyższej. Ania wiele nocy spędziła na odmawianiu różańca. Zamówili też wiele mszy w
intencji zdrowia dziecka.

Tymczasem ku zaskoczeniu reumatologa wyniki Ani bardzo się poprawiły. W ciążę kobieta startowała z bardzo wysokim białkomoczem, a gdy szła na porodówkę, nie było go w ogóle. Inne parametry miała też, jak zdrowy człowiek.

Dla bezpieczeństwa poród miał się odbywać w szpitalu w Rzeszowie, gdzie jest zarówno odział położniczy jak i reumatologiczny. Wszystko po to, by nad Anią mógł czuwać także reumatolog. Termin porodu wyznaczono na siedemnastego grudnia, a w szpitalu kobieta miała się pojawić już ósmego grudnia, by lekarze mogli przeprowadzić wszystkie niezbędne badania. Oczywiście Ani nie
uśmiechało się spędzenie w szpitalu niemal dziesięciu dni, ale Paweł spokojnie przekonywał, że to dla jej dobra i bezpieczeństwa. Zorganizował urlop w pracy, co wcale nie było proste, bo to był jego pierwszy rok pracy na etacie. Ale udało się.

Anię położono, ze względu na jej chorobę, na oddziale septycznym. Kobieta przyzwyczajona była przebywać w szpitalu, gdy coś szło nie tak, ale tym razem wszystko wyglądało dobrze. Ciąża przebiegała prawidłowo, wszystkie inne wyniki były lepsze niż kiedykolwiek, a Ania czuła się znakomicie. Przez kilka dni nieznośnie się więc nudziła, zabijając czas korytarzowymi pogaduszkami.
Okazało się jednak, że wcześniejszy pobyt w szpitalu po prostu uratował Ani życie.

11 grudnia rano miała przeprowadzone KTG. Po dłuższej chwili zaniepokojona położna zapytała:
- Dobrze się pani czuje?
- Jak nigdy- padła odpowiedź.
Po kolejnej chwili poproszono pacjentkę, by przeszła na USG.
- Które to pani dziecko? - zapytał lekarz.
- Drugie.
- A jakiej płci jest pierwsze?
- Dziewczynka.
- To teraz będzie chłopak - zawyrokował lekarz.
- A czy wszystko dobrze panie doktorze? - chciała wiedzieć Ania.
- Wszystko dobrze.
Jednak po USG, znów podpięto Anię pod KTG. Po kilku minutach położna powiedziała:
- Proszę nie jeść śniadania i jeszcze raz zapraszam na USG.
Tym razem przy aparacie był inny lekarz. I rozmowa częściowo powtórzyła się:
- Które to pani dziecko? - zapytał.
- Drugie.
- A jakiej płci jest pierwsze?
- Dziewczynka.
- To teraz też będzie dziewczynka.
- Półtorej godziny temu powiedziano mi, że chłopak.
- Kto tak powiedział? - zdziwił się lekarz.
- Pana szef.
- To zobaczymy, kto ma rację - usłyszała pacjentka.

I Ania wróciła na salę, gdzie znów podłączono ją pod KTG. O 10 przyszedł do niej lekarz. Żaden z tych, którzy robili USG i zaprosił do "zabiegowego" do ordynatora. Tam ordynator zbadał Anię i zapytał jak się czuje. Nieco już skonsternowana kobieta odpowiedziała, że dobrze. Usłyszała wtedy, że lekarzy niepokoi wynik KTG i to, co dzieje się z dzieckiem. 
- Czy zgadza się pani na cesarskie cięcie? - zapytał ordynator.
Usłyszał odpowiedź twierdzącą. Ani podpisała papiery, zaczęła się przebierać do operacji, ale już wtedy zaniepokojona położna zaczęła ją pospieszać. Przywieziono łóżko do transportu i gdy tylko Ania się położyła zaczął się bieg z łóżkiem na blok operacyjny. Chodź w planach była obecność Pawła przy
porodzie, nie było możliwości, by zdążył dotrzeć, choć udało się go zawiadomić o niespodziewanym obrocie spraw. Gdy łóżko z Anią dotarło na blok operacyjny, obecna tam lekarka zapytała:
- Czy pani na coś choruje?
- Na toczeń układowy z zajęciem nerek.
- A leki pani wzięła?
- Nie wzięłam, bo nie zdążyłam.
- Jak to! Pacjentka nie brała leków! - zaczęła wrzeszczeć lekarka.
- Czemu pani na mnie krzyczy? Nie miałam kiedy.
Tego było już Ani za dużo i zaczęła płakać:
- Co się dzieje z moim dzieckiem?! - chciała wiedzieć.
Na to opadły ręce anestezjolog:
- Drą sie na mnie, że mam panią szybko uśpić, a pani mi tu płacze. Przecież pani nie uśpię, jak będzie pani płakała.
- Ale co z moim dzieckiem? - znów zapytała Ania.
- Nie wiem, kobieto, ja mam cię tylko uśpić - zirytowała się anestezjolog.
Okazało się, że lekcje ze szkoły rodzenia z pierwszej ciąży mogą się przydać i w tak trudnej sytuacji:
- Proszę mi dać wziąć dwa oddechy - poprosiła pacjentka.
Ania wzięła dwa oddechy, skupiając się na wyciszeniu emocji, zakomunikowała, że jest gotowa. Anestezjolog zmierzyła ciśnienie i skomentowała:
- Nie wiem jak to zrobiłaś, kobieto, tętno i ciśnienie w normie!

I założyła pacjentce maskę na twarz. Podczas operacji Ania w swoich snach, ponownie wędrowała po Kozich Wierchach w Tatrach, na zboczach kwitły przepiękne wiosenne kwiaty. Gdy wybudzano Anię położna powiedziała:
- Ma pani córeczkę.
Na to świeżo upieczona mama:
- Chwileczkę, tylko zejdę z Kozich Wierchów.

Asia, druga córka Ani i Pawła, przyszła na świat 11 grudnia o godz. 11. Gdy tylko Ania doszła do siebie, chciała wiedzieć czy jest zdrowa oraz ile ma głów, czy ma ręce i nogi. Okazało się, że Asia jest śliczna i zdrowa. Cesarskie cięcie wyniknęło stąd, że dziewczynka zachłystnęła się wodami płodowymi, trochę się poddusiła, a na domiar wszystkiego była owinięta pępowiną.
- Pierwszą dobę córka  musi spędzić w inkubatorze, żeby dojść do siebie - powiedziała lekarka.

Tymczasem lekarze poświęcili swoją uwagę Ani, zlecając kolejne badania i dbając, by jej stan się nie pogorszył. Małżeństwo wiedziało, że w pierwszej dobie po porodzie, choroba uderza z wielką siłą. W przypadku Ani nic takiego się nie wydarzyło. Natomiast całą prawdę o zdrowiu Asi, czyli, że maleńka
uzyskała tylko 1 punkt w skali Apgar, przeszła reanimację i ledwo przeżyła, rodzice poznali znacznie później, czytając książeczkę zdrowia. Ze szpitala Asia wraz z mamą wyszła po tygodniu. Musiała bowiem przyjąć antybiotyk, by po zachłyśnięciu nie doszło do zapalenia płuc. Poza tym jednak nie spełniła się żadna z czarnych wizji profesor z Instytutu Reumatologii.

Jednak dopiero w styczniu, podczas kontrolnej wizyty u reumatologa Ania dowiedziała się, że cesarskie cięcie uratowało jej życie. 
- Pani Aniu, dzwonili dziś do mnie z Rzeszowa z pytaniem czy moja pacjentka
żyje - powiedział lekarz.
Okazało się, że kilka dni po Ani, w tym samy szpitalu rodziła inna pacjentka z toczniem układowym. Poród odbył się siłami natury, jednak kobieta była tak wycieńczona, że zmarła. Lekarz powiedział, że przypadek Ani był omawiany na sympozjum reumatologów i doprowadził do wydania w skali kraju zalecenia, by kobiety ciężarne, chore na toczeń układowy rodziły wyłącznie przez cesarskie cięcie.

Co więcej, dziś m.in. dzięki tak odważnym kobietom, jak Ania zaczęło się zmieniać podejście lekarzy do ciąży kobiet chorych na toczeń układowy. Gdy w przeszłości wszystkie publikacje medyczne dowodziły, że kobiety chore na toczeń nie mogą mieć dzieci, a po zajściu w ciąże powinny poddać się aborcji, dziś zajście pacjentki w ciąże jest możliwe, a urodzenie zdrowego dziecka nie jest zaskoczeniem. Jednak nikt dziś pewnie nie wie, ile zdrowych dzieci musiało umrzeć, by wreszcie pozwolono im się rodzić 

Po opuszczeniu gabinetu Ania podzieliła się z mężem myślą, że jej anioł stróż wykonał niezłą robotę. Ale nie tylko on. Ania i Paweł są przekonani, że wspierał ich także tata Pawła, który zmarł w lutym 1997 roku, czyli na miesiąc przed poczęciem Asi. Przed podróżną do Warszawy, Ani przyśnił się teść, który towarzyszył jej w autobusie ze stacji w Jarosławiu do domu i uprzedzał ją:
"Dziecko, tylko nie zrób głupstwa." 
Gdy Ania wysiadała z autobusu powiedział:
"Nie mogę wysiąść z Tobą, ale pamiętaj nie zrób głupstwa. Wszystko będzie dobrze." 
Podczas całej ciąży, gdy tylko lekarz czy ktoś inny podsuwał myśl, że ta ciąża powinna być usunięta, Ani zawsze śnił się teść. Czasem mówił, że wszystko będzie dobrze, czasem, tylko kładł synowej rękę na ramieniu. Gdy urodziła się Asia, teść opuścił sny Ani. Jednak córeczka dostała na drugie imię
Stanisława - po dziadku Stasiu, który sumiennie pilnował, by włos wnuczce z głowy nie spadł, a raczej by spokojnie mógł wyrosnąć. Ania jest też przekonana, że taki, a nie inny rozwój wypadków zawdzięcza szczególnie opiece Maryi.

- Ona kiedyś pochyliła się nade mną, przytuliła mnie i powiedziała, że nie jestem sama, obiecała, że zawsze będzie przy mnie. To było w Stanie Wojennym po internowaniu taty i wielu związanych z tym dramatycznych przeżyciach,
Ania miała wtedy 10 lat.
- Od tamtej chwili wiem, że choćby mnie zawiedli ludzie, to ona mnie nie zawiedzie i nie zostawi. Jest moją kotwicą - wspomina zdarzenie sprzed 34 lat, Ania – ale to już jest osobna historia

Osiemnastoletnia dziś Asia okazała się być niezwykle energicznym, empatycznym i wrażliwym dzieckiem. Gdy tylko jakiś maluch zaczynał płakać w kościele rodzice musieli wyprowadzać córkę na dwór, bo albo natychmiast biegła na ratunek ze swoim smoczkiem, albo, nie mogąc znieść płaczu innego dziecka, sama zaczynała płakać. 

Jej empatia wzrastała wraz z nią. Jak jest silna okazało się, gdy mąż kuzynki z Warszawy, u której nocowała Ania (przy okazji tej strasznej wizyty w Instytucie Reumatologii), zachorował na nowotwór. Rak umieszczony był między trzustką, a wątrobą, w taki sposób, że lekarze nie mogli do niego dotrzeć. Gdy mężczyzna szedł na operację nie wiedział czy nowotwór jest mały i nieszkodliwy czy może raczej groźny. Po operacji konieczna była chemia, a mężczyzna był swoim stanem niezwykle przybity. Gdy Paweł i Ania wybierali sie do Warszawy, Asia poprosiła:
- Mamo, weź ten list dla wujka Adama i mu daj.
List oczywiście trafił do rąk własnych adresata. Po kilku dniach zadzwonił Adam.
- Wiesz co Asia napisała w tym liście? - zapytał Ani.
-Nie wiem. Po prostu Ci go przekazałam - usłyszał.
- Powiedz jej, że mi bardzo, bardzo, bardzo pomogła.
Rodzice dziewczyny do dziś nie wiedzą, co było w liście. Wiedzą natomiast, że po nim Adam się pozbierał, zaczął walkę z chorobą i wyzdrowiał. I to nie była jedyna taka sytuacja.

- Asia umie po prostu zmienić nastawienie ludzi do rzeczywistości - czy to przez list czy przez rozmowę - mówi Paweł.
Dwudziestojednoletnia Justyna jest (podobnie zresztą jak siostra) animatorką Ruchu Apostolstwa Młodzieży. Obie córki Ani i Pawła działają też w Szkole Nowej Ewangelizacji.

Po urodzeniu Asi nastąpiła silna remisja (wycofanie się) choroby na około 10 lat. Kolejny kryzys również udało się przezwyciężyć, tym razem nie bez pomocy św. Jan Pawła II i zapewne pozostanie jednym z jego nieudokumentowanych interwencji u Bożej Opatrzności.

Każdego dnia Ania zmaga się z chorobą, musi dbać o to by jej nieoczekiwany towarzysz życia pozostał uśpiony i nie wytoczył kolejnej walki jej organizmowi. Lekarstwa, dbanie o dietę i wypoczynek są codzienną koniecznością. Mimo to jest szczęśliwa. Ma przy sobie kochającego męża, mądre córki. Nawet nie myśli, że jednego z jej dzieci mogłoby nie być.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz